Dama Kier, czyli czerwień jest dobra dla schizofreników

Kiedy się spotkali po raz pierwszy mieszkała w szpitalu psychiatryczny La Rosière i… – jak sama twierdziła nie żyła od 27 lat. „Nieistotna, położona na stole jak guziki na ubraniu, jak ciało wystawione, którego nie można kupić, nie da się zgwałcić” – pisała w jednym ze swoich poematów Aloïse Corbaz – późniejsza ikona Art Brut.

Uważała, że jej szpitalne internowanie było w istocie jej pogrzebem. Być może dlatego na jej pracach pojawiały się postaci tragicznie zmarłe: Maria Stuart, Elżbieta Habsburżanka, Abraham Lincoln — ludzie, którzy odeszli przedwcześnie lub zostali zamordowani. Jej dalecy bliscy… współnieżyjący. Żeby przetrwać, musiała zatem dokonać samo narodzenia w świecie całkowicie nowym, teatralnym, niematerialnym. Świecie, który sama wymyśliła, na własnych warunkach. Temu służyła jej twórczość, która rozwinęła się w sposób niemal kosmiczny.

Jean Dubuffet odwiedzał ją kilkukrotnie. Zabierał do sklepu, żeby kupić czerwone pantofelki, które się jej bardzo podobały. – Był zachwycony, wręcz bardzo entuzjastyczny; uznał, że to naprawdę jedna z najpiękniejszych artystek art brut – wspominała dr Jacqueline Porret Forel, która jako pierwsza pokazała Dubuffetowi rysunki Aloïse. Jego pierwszy przyjazd do Szwajcarii w 1945 roku w dużej mierze wynikał z miłości do niej.

Życie po raz pierwszy

Po raz pierwszy, urodziła się w 28 czerwca 1886 roku w Lozannie, w Szwajcarii. Była siódmym z ośmiorga dzieci w ubogiej rodzinie. W 1897 roku straciła matkę. Ojciec zajęty pracą na poczcie, rolę matki scedował na najstarszą córkę – Marguerite. Okazała się osobą dość apodyktyczną i bezwzględną w wychowaniu rodzeństwa.

Aloïse była ładną dziewczyną. Podobała się chłopcom. Inteligentna i pilna w nauce, wcześnie zainteresowała się sztuką, a zwłaszcza śpiewem i operą, która w jej późniejszej twórczości zajmie szczególne miejsce. Studiując śpiew u niewidomego organisty katedry, mała Aloïse marzyła o karierze śpiewaczki operowej.

IIsabelle Huppert jako Aloïse w filmie Liliane de Kermadec
fot. Jean Penzer / kadr z filmu ©-1975 UNITÉ TROIS / TF1 STUDIO

W wieku dwudziestu pięciu lat zakochała się w księdzu. Związek nie spotkał się z aprobatą jej rodziny. Szczególnie mocno sprzeciwiała się Marguerite. Starsza siostra doprowadziła do zerwania związku. Zniszczyła też korespondencję kochanków. To był pierwszy poważny wstrząs w życiu Aloïse.

By zdołała „zapomnieć” o tej historii, rodzina wysyła ją do Niemiec. Dostaje posadę guwernantki. Pod opieką ma trzy córki kapelana cesarza Wilhelma II. Była zachwycona dworem i jego prestiżem. Podczas defilady zachwycił ją również sam cesarz Wilhelm II. Choć widywała go już wcześniej, śpiewając dla niego w kaplicy w niedzielę, to właśnie w tej chwili ogarniają ją silne i gwałtowne namiętność. Następstwem jest wyobrażony romans z cesarzem. Mocno go w sobie przeżywa. Staje się coraz bardziej roztargniona, często wyraźnie zmęczona i mniej entuzjastyczna. Wybucha wojna. Aloïse jest zdruzgotana. W duchu nazywała Wilhelma II „cesarzem pokoju”, więc boleśnie odczuwa rozczarowanie. Kończy się świat, który tak kochała. Musi wracać do Szwajcarii. Wówczas rodzina odkrywa jej niepokojący stan. Aloïse raz jest pobudzona i kipiąca energią, innym razem zamknięta w sobie. Z czasem pojawiają się stany urojeniowe. W 1918 roku, w wieku 32 lat, z rozpoznaniem „wczesnej demencji” (terminem, który z czasem został zastąpiony pojęciem schizofrenii), trafia do Uniwersyteckiego Szpitala Psychiatrycznego w Cery-sur-Lausanne. Wyjdzie z niego tylko po to by, trafić do oddalonego o 30 km zakładu La Rosière w Gimel. To będzie jej ostatni adres. W izolacji pozostanie aż do śmierci, w sumie 46 lat.

zwiastun filmu Aloïse (1975) w reż. Liliane de Kermadec

Zamknij, by otworzyć… rozwinąć

W pierwszych latach pobytu w szpitalu wyraźnie się izoluje. Miewa sporadyczne napady agresji. Jednak stopniowo przystosowuje się do nowego życia. Od momentu przybycia do La Rosière zaczyna potajemnie pisać (poezję) i rysować. Czasem sięgała po cytaty w łacinie, angielskim, niemieckim i włoskim, co świadczy nie tylko znajomości języków ale i o jej inteligencji.– Ostatecznie rysowanie stało się prawdziwym celem jej życia. I to właśnie te rysunki pozwoliły jej odtworzyć świat, który utraciła, a który został stworzony zgodnie z jej własnym modelem kosmogonicznym – twierdziła Jacqueline Porret Forel, która poznała Aloise dzięki dr Hansowi Steckowi, który kilka lat wcześniej opowiadał swoim studentom o niezwykłej pacjentce. – W 1941 roku odbywałam zastępstwo lekarskie w Gimel. A ponieważ ona była tam hospitalizowana, a ja jako lekarz medycyny ogólnej musiałam zajmować się chorymi – to znaczy także ich chorobami somatycznymi – pojechałam tam. Poprosiłam o możliwość spotkania.

Delphine Seyrig jako Aloïse w filmie Liliane de Kermadec
fot. Jean Penzer / kadr z filmu ©-1975 UNITÉ TROIS / TF1 STUDIO

Aloïse rysowała po obu stronach każdej kartki papieru, najczęściej używając szkolnych kredek i pasteli olejnych, ale czasem także z soku z płatków kwiatów lub pasty do zębów, tworząc strumień postaci o niebieskich oczach. To jeden z jej głównych motywów. Kolory? Głównie błękit, złoty, róż i czerwień – symbole władzy, prestiżu i… miłości. Rozprowadzała kolor zamiatając powierzchnię, pomagając sobie przy tym palcami. Do dziś widać na jej pracach okrężne ruchy i odciski dłoni. Po takiej sesji jej twarz i ręce pokryte były kolorami.

Przed jednym z jej rysunków, niemal całkowicie czerwonym — Dubuffet miał powiedzieć:

– Aloïse, pani bardzo lubi czerwień!

– Ależ czy czerwień nie jest dobra dla schizofreników! – odpowiedziała Aloïse.

Na początku zapełnia zeszyty i małe albumy. Następnie sięga po duże kartony pakowe, które z czasem zaczęła zszywać ze sobą za pomącą wełnianych nici, aby uzyskać większe formaty. Niektóre były długie na ponad dziesięciu metrów. – Mówiła, że zbiera śmieci, papiery z odpadków, żeby móc rysować. Musiała chować się po kątach. Tworzyła rysunki, których nikomu nie pokazywała – tłumaczyła Jacqueline Porret Forel, która widziała jak Aloise rysuje i twierdziła, że robiła to bardzo szybko: Budowała swoje postacie w sposób całkowicie precyzyjny, szybki, i było widać, że miała w głowie absolutnie gotowy obraz, który zamierzała zrealizować. Pochłonięta rysowaniem, szeptała niezrozumiałe słowa.

plakat pierwszej wystawy w Atelier Jacob w Paryżu, otwartej przez Alaina Bourbonnais
przy wsparciu Jeana Dubuffeta

Życie raz jeszcze

W Gimel rodzi się po raz drugi, a raczej odradza. Staje się wielką organizatorką świata-dzieła zaludnionego kwiatami, królami, królowymi, książętami i zmysłowymi księżniczkami, tortami i cyrkami, słynnymi i legendarnymi historiami miłosnymi. Ta ogromna galeria portretów, wspaniałych a jednocześnie widmowych masek, bogatych a zarazem pozbawionych wyrazu, zaludnia jej długie zrolowane światy. Obok Marii Stuart i Lincolna spotkamy tu Napoleona i Kleopatrę, słynną kurtyzaną, tancerką i śpiewaczką Belle Époque – La Belle Otero (Caroline Otero), uwielbianą przez Edwarda VII i Alberta I. Mamy Marię Antoninę i Królową Hortensję oraz Androklesa i jego udomowionego lwa. Pełno tu takich atrybutów jak tiary, papieskie sedie, kwieciste wozy i równie kwieciste suknie, naszyjniki, broszki i gondole… narastają, przyrastają na długich rolkach. Praktycznie nie da się ich ogarnąć jednym spojrzeniem. – Stanowią szczególny rodzaj malarstwa, oparty na zasadzie całkowicie innej niż obrazy do wieszania na ścianie, do których przywykła nasza zachodnia tradycja, a nawet inne niż malarstwo na jedwabiu rozwijane w Chinach czy Tybecie – pisze Dubuffet. Przede wszystkim są malowane na obu stronach: Gdyby rozwinięto całą długość i ustawiono na ścianie – przy założeniu, że ściany mają czternaście metrów wysokości – nie dałoby się zobaczyć obu końców jednocześnie (są bowiem traktowane pionowo, a nie jako fryz), lecz tylko po kawałku, wspinając się po drabinie.

Jednak – jak twierdzi Dubuffet – traktowanie ich w ten sposób przeczyłoby temu, do czego dążyła Aloïse. Rolka to cały świat, pełen faktów i przedstawień wplatających się wzajemnie, z awersami i rewersami, których nie da się zobaczyć w całości naraz. Jak życie. Akt twórczy Aloïse jest w rzeczywistości samym aktem życia. Dlatego to tworzenie ma sens, a oglądanie – jest już bez znaczenia. Prace chętnie porzuca, oddaje innym, po tym jak już powstaną. Nie jest do nich przywiązana. Jest taka anegdota, którą opowiada w filmie „Art Brut” Jaroslava Viznera (1975), współpracownik dr Stecka – Alfred Bader:

Delphine Seyrig jako Aloïse w filmie Liliane de Kermadec
fot. Jean Penzer / kadr z filmu ©-1975 UNITÉ TROIS / TF1 STUDIO

„W 1947 roku odbywał się kongres psychiatrii – w Cery – i profesor Steck zorganizował tu, w szpitalu, wystawę kilku jej prac. Zaprosił ją, aby była obecna na wernisażu. No, „wernisaż” to może zbyt wielkie słowo. Aloïse była tam, wśród swoich psychiatrów. Nikt nie mówił: „oto Aloïse”. A jednak była tam – na własnej wystawie – przechadzała się po sali, komentując swoje obrazy: „To piękne!”, „Och, jaki piękny ten niebieski!”. Jej wypowiedzi były jednak przerywane, trudne do śledzenia, bo w tamtym czasie posługiwała się już bardzo nieskładnym, silnie zdezorganizowanym językiem. Niektórzy psychiatrzy podchodzili do niej i mówili: „Gratuluję, to wspaniałe!”. A ona odpowiadała: „Tak, to wspaniałe” – ale tak, jakby mówiła o dziełach kogoś innego. Oczywiście na wystawie było wiele rysunków, które profesor Steck zbierał przez lata i których Aloïse nie widziała od bardzo dawna. I rzeczywiście – była tam tak, jakby oglądała twórczość kogoś zupełnie innego.”

Rozwijanie własnych pozycji myślowych

Czym zatem była dla niej jej własna twórczość? Jacqueline Porret Forel uważała, żerysunki nadawały ciało jej światu i postaciom. (…) Rysunek sprawiał, że jej świat i postacie stawały się realne, namacalne.” I tu ponownie warto wrócić, do tego co pisał w 1966 roku sam Dubuffet (Art Brut, zeszyt 7). Twierdził, że obrazy Aloïse nie stanowią w ścisłym znaczeniu, środka wyrazu czy komunikacji – czyli cech które często przypisuje się art brut, próbując wytłumaczyć czym właściwie jest. Dubuffet uważał, że to raczej sposób myślenia, podtrzymywania i rozwijania własnych pozycji myślowych, bo w sumie – myślenie i życie dla Aloïse to jedno: To samo szaleństwo, które rozwijało się w niej przez całe życie i było przyczyną jej zamknięcia, dawało jej również cudowne spełnienie i powód, aby mimo wszystko żyć dalej.

W 1951 roku Aloïse stworzyła swoje główne dzieło – 14-metrowy zwój „Le Cloisonné de théâtre” składający się z sześciu rysunków, będący inscenizacją jej tragicznej historii miłosnej. Pierwszy akt ukazuje rodzące się uczucie między młodą dziewczyną a mężczyzną oraz ich rozstanie. Druga scena pierwszego aktu pokazuje bohaterkę wyrażającą swoją niezależność wobec opuszczającego ją mężczyzny. W kolejnym akcie postacie są rozdzielone przez świątynię „Asile de la Rosière”, symbol szaleństwa Aloïse. Trzeci akt, podzielony na dwie sceny, przedstawia kobietę w objęciach mężczyzny – choć scena sugeruje więź cielesną, w rzeczywistości wyraża lęk bohaterki. Następne interludium z złowrogimi ptakami wskazuje przewagę motywu śmierci nad miłością. Zwieńczeniem zwinięcia jest postać Psyche połączonej z Erosem, trzymającej dziecko i bukiet w kształcie krzyża – symbol zmartwychwstania. Aloïse ukazuje swoje wewnętrzne konflikty – od ich źródeł po konsekwencje, prezentując przejście od przerwanej z powodów obyczajowych miłości do miłości idealnej i fantazmatycznej, którą wybiera świadomie, ze wszystkimi wynikającymi z tego konsekwencjami: szaleństwem i pobytem w szpitalu psychiatrycznym.

okładka olbumu z obrazem Aloïse

Od września 1963 roku Aloïse zaczęła używać w swoich rysunkach markerów. Od marca 1964 roku nie wstawała już z łóżka. Zmarła po trzech tygodniach, 5 kwietnia 1964 roku, po wykonaniu ostatniej serii dzieł kredkami w nowym, niespotykanym dotąd stylu.

Niech żyje Aloïse!

Jej prace znajdują się we wszystkich znaczących kolekcjach – począwszy od kolekcji-matki, czyli Collection de l’Art Brut w Lozannie, poprzez La Fabuloserie w Dicy, muzeum LaM (dzięki donacji stowarzyszenia L’Aracine), aż po abcd oraz Centre Pompidou w Paryżu.

W 1975 roku Liliane de Kermadec – francuska reżyserka urodzona w Warszawie – oddała hołd Aloïse Corbaz, realizując poświęcony jej film fabularny. W postać ikony Art Brut wcieliły się m.in. Delphine Seyrig oraz – wówczas jeszcze bardzo młoda – Isabelle Huppert. Film ten został ponownie przypomniany we Francji w 2024 roku, po przeprowadzeniu prac restauracyjnych i rekonstrukcji obrazu do jakości 4K.

W listopadzie tego roku do księgarń trafiła najnowsza książką, pierwszego dyrektora Muzeum Art Brut w Lozannie – Michela Thévoza pt. „Aloïse, le rayonnement sublime”. To zapowiedź, że o Aloïse będzie się wkrótce dużo mówić, bo… już 26 lutego 2026 roku rozpocznają się obchody 50-lecia istnienia Muzeum Art Brut w Lozannie. Trudno sobie wyobrazić te jubileuszowe wydarzenia bez przypomnienia postaci ikonicznych, a do takich z całą pewnością należała pełna tłumionych namiętności i pasji Aloïse Corbaz.

Źródła:

2 komentarze

  1. Czuję, że tu zostanę na dłużej.Dobrze się to czytało. Czuć, że ktoś tu naprawdę przemyślał, co chce powiedzieć. Lubię, gdy autor pisze tak, jakby mówił do jednej konkretnej osoby.

    1. Author

      Staram się. Dziękuję za miłe słowa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *