– Musi Pani być inna? Robić to inaczej? – pytał sąsiad, gdy na wysokim rusztowaniu malowała jedną ze ścian domu. Autorka malowideł, pani Danuta mówi, że to z zazdrości. Doceniali za to przyjezdni. Ludzie zza granicy. Zatrzymywali auta, wchodzili na dachy i robili zdjęcia. Tak jak my.
Dom Pani Danuty widoczny jest z ulicy. Niepozorny, a jednak wyróżnia się z rzędu, szeregowo ustawionych, domów jednorodzinnych. Ręcznie malowany; kwiaty, figury geometryczne, scenki rodzajowe, zwierzęta.

Do Łanięt przyjechali lata temu skuszeni pracą i możliwością taniego zakupu ziemi pod dom. Ten postawili w trzy dni. – To jest Mikołajka. Bardzo ciepły dom. Ocieplony trzciną z Mikołajek. Takie tanie domy robiono na zamówienie do Niemiec – mówi Pani Danuta. – Jego budowa nie wymagała dużo pracy. Płyty 1,5 x 2,8 metra można było układać samodzielnie, bez pomocy dźwigu.

W trakcie budowy trochę zmienili plany. Podwyższyli budynek, powiększyli okna. Powstało 8 pokoi z kuchnią i dwiema łazienkami, na dole i na górze. Podłączyli c.o. i wodę. Zaczęli w maju. W grudniu zasiedli do kolacji wigilijnej w nowym, niemal w pełni wyposażonym domu. Z czasem zaczęli kupować oryginalne meble (np. regał zrobionym z malowanej skrzyni), rzeźby ludowe, przedmioty, o których Pani Danuta mówi, że wie, kiedy, gdzie i za ile je kupiła.
– Lubię oryginalność. Lubię, żeby inaczej było w domu. Nie segmenty, regały. Tylko żeby wszystko grało – tłumaczy.
Marzenie się spełniło. Dom stał, ale warto, aby również z zewnątrz choć troszkę się wyróżniał.

– Byłam 7 metrów w górze na rusztowaniach. Ludzie mówili „Boże kochany spadnie i się potłucze”, a ja z pędzlem i farbą i malowałam. Chciałam jak najszybciej skończyć, żeby zobaczyć całość – wspomina. Tak powstały oryginalne malunki na każdej z czterech ścian budynku. Mąż wspierał ją w pasji. Pomagał. Podrzucał pomysły. Sąsiedzi? Trochę zazdrościli. Mówili, że zawsze musi mieć wszystko inaczej. Z czasem przywykli.

Doceniali za to
przyjezdni, ludzie zza granicy. Przystawali z zaciekawieniem i
pytali: czy mogą wejść i zobaczyć jak jest w środku? Takich
wizyt Pani Danuta naliczyła ponad sto. – Kiedyś jechała
tędy cała kawalkada redaktorów i też się zatrzymali. Na
samochody nawet powchodzili, żeby dobre zdjęcia
zrobić – dodaje, ale zapewnia, że – choć ją cieszą takie
wizyty – nigdy nie robiła tego dla rozgłosu. – Ja wiem sama,
że to jest rzecz, która mnie się podoba, to i niektórym ludziom
też może się podobać, albo i nie podobać. Rzecz gustu.

Dziś ma 75 lat. Zanim przeszła na emeryturę pracowała jako kadrowa i kontrolerka jakości w spółdzielni produkcyjnej w Łaniętach. Nie kończyła artystycznych szkół, choć miłość do pięknych przedmiotów i sztuki zaszczepiła jej babcia, która miała pod Łowiczem zakład produkujący stroje ludowe.
Babcia projektowała również firany, narzuty i serwety z kordonka lub muliny.– Taki komplet kosztował bardzo dużo. Jezu jakie to było piękne. Mówię wam, do tej pory pamiętam. Na stole taka serweta olbrzymia w kwiatkach wyszywanych naokoło, w oknach tak samo piękne firany z lambrekinami – wzrusza się Pani Danuta. Babcia zachęcała ją do rysowania. I ta pasja została. Malowidła wypełniają ściany nie tylko na zewnątrz, ale i wewnątrz budynku. Motywy kwiatowe i zwierzęce na ścianach i na sufitach. – Tam jest jadalnia i mój słoń na ścianie, zrobiony specjalną techniką, przeze mnie wymyśloną. To jest nakładane szpachelką – tłumaczy Pani Danuta.

Dom widoczny jest z ulicy. Niepozorny, a jednak wyróżnia się z rzędu, szeregowo ustawionych, jednorodzinnych domków. Ręcznie malowany. Widać go na mapach google’a. Dzięki temu go znalazłem.
Dowiedziałem się o nim od znajomego, którego rodzice mieszkają niedaleko tej miejscowości. Dwa razy podjąłem próbę znalezienia tego miejsca, ale udało mi się dopiero za trzecim razem, gdy pojechali ze mną Andrzej i Eliza. Pani Danuta mieszka z mężem. Pomaga jej córka z wnuczką, którzy przyjęli nas jak najbliższą rodzinę. Mam nadzieję, że to nie ostatnia wizyta.
(rł)
fot. Eliza Łabarzewska, Radosław Łabarzewski